
Iron Man z Piastowa
Triathlon, konkurencja sportowa łącząca kolarstwo, bieg i pływanie, cieszy się ostatnio coraz większą popularnością. W czołówce polskich zawodników znaleźć można również mieszkańców naszego miasta. Jednym z nich jest Bartosz Nowicki, który 7 sierpnia, na zawodach Enea Ironman 70.3 w Gdyni zdobył upragniony awans na mistrzostwa świata w Finlandii w 2023 roku. Z Bartoszem Nowickim, zapalonym triathlonistą, współtwórcą projektu This is Sparta i prezesem stowarzyszenia Rozbiegany Piastów, rozmawiała Agata Ziąbska (25.08.2022 r.)
fot. Bartosz Nowicki (archiwum prywatne)
Agata Ziąbska: Na wstępie chciałabym Ci serdecznie pogratulować kolejnego rekordu życiowego, no i oczywiście upragnionej kwalifikacji na Mistrzostwa Świata Ironman 70.3, które odbędą się w 2023 roku w Lahti, w Finlandii. Jadąc do Gdyni spodziewałeś się takiego sukcesu? Jak udało Ci się wywalczyć tak wysoką lokatę?
Bartosz Nowicki: Dziękuję. Cieszę się, że mamy chwilę, aby na spokojnie porozmawiać. Przyznaję, że uzyskanie awansu na finały, właśnie w Gdyni, zamyka symboliczną „klamrą” okres 3 lat. Mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że w tym okresie zrobiłem wszystko co mogłem, aby być w tym miejscu, w którym teraz jestem. Po powrocie z Meksyku, we wrześniu 2021 roku, na spotkaniu z trenerem ustaliliśmy, że w przyszłym sezonie walczymy o awans na mistrzostwa świata i cały plan treningowy podporządkujemy pod walkę o awans. Na udany start na dystansie Ironman 70.3 składa się kilka zmiennych, począwszy od oczywiście przygotowania fizycznego i mentalnego, skończywszy na specyficznych aspektach danej trasy oraz dyspozycji dnia. Założyłem, że podejmę się trzech startów w walce o awans w Polsce oraz, jeżeli jakiś element zawiedzie, dodatkowo jednego startu za granicami naszego kraju. W Gdyni, ze względu na wymagającą trasę rowerową oraz zróżnicowaną trasę biegową, pierwotnie zakładałem, że będzie to najtrudniejszy start ze wszystkich planowanych w tym sezonie. Niedosyt po zawodach w Warszawie sprawił natomiast, że postanowiłem od samego początku walczyć o jak najwyższą lokatę. Na trasie każdy aspekt ma znaczenie. Na etapie pływackim, uwzględniając nasze możliwości, zajmujemy miejsce w odpowiedniej grupie czasowej tj. grupie, gdzie zakładamy, że ukończymy pływanie np. poniżej 32 minut lub pomiędzy 32 a 40 minutą. Jeżeli uważamy, że na tym etapie mamy braki, zajmujemy miejsce na końcu kolejki. Ja, mimo że nie oceniam się wysoko na etapie pływackim, postanowiłem zaryzykować i rozpocząć z najszybszą grupą. Konsekwencje takiej decyzji mogą być różne. Zazwyczaj szybsi zawodnicy „przepłyną” koło osoby wolniejszej spychając ją na bok, a utrzymanie pozycji wymaga walki o miejsce w najbardziej sprzyjającym miejscu, wzdłuż boi wyznaczających linię prostą. Po rozpoczęciu rywalizacji wszystko dzieje się dynamicznie, ale decyzje, które podejmiemy, mogą się niestety „zemścić” na kolejnych etapach. Znając czas z etapu pływackiego, wiedziałem, że mam stratę ok 5 minut do założonego. Po tym etapie zajmowałem 51. miejsce w AG35-39 [red. AG – Age-Group, grupa wiekowa], kolejne musiały być już tylko szybsze. Po szybkiej strefie zmian tzw. T1, gdzie zostawiamy wyposażenie pływackie w worku i zabieramy sprzęt potrzebny do jazdy rowerem, od w zasadzie pierwszego kilometra goniłem rywali. Miałem świadomość, że jeśli chcę się liczyć w walce, muszę być szybszy na podjazdach, gdzie zazwyczaj zawodnicy zwalniają oraz jeszcze szybciej niż inni pokonywać zjazdy. O ile w czasie tych pierwszych możemy szybciej opaść z sił, tak ten ostatni element wiąże się z ryzykiem wypadku ze względu na prędkość. Przeglądając statystyki po zawodach stwierdzam, że faktycznie nie było tu spacerowej jazdy, prędkość maksymalna wyniosła 65km/h. Etap rowerowy zakończyłem na 7. miejscu w AG35-39, nie ustępując po drodze miejsca żadnemu zawodnikowi. Oczywiście w czasie zawodów zdarzały się pościgi i ucieczki, ale ostatecznie obroniłem 7. miejsce. I w końcu ostatni etap, o którym mówi się, że tak naprawdę to tu zaczyna się walka o klasyfikację końcową. Organizator zadbał o każdy element tej części zawodów, a kibice wraz z wolontariuszami do ostatnich metrów, na każdej z trzech pętli biegowych dopingiem motywowali do walki, do końca. Ostatecznie rywalizację zakończyłem w TOP10 swojej AG35-39, poprawiając wynik o minutę w stosunku do zawodów w Warszawie, gdzie, co warto dodać, trasa była nieporównywalnie bardziej przystępna, czytaj płaska jak stół..
fot. Bartosz Nowicki (archiwum prywatne)
Na pewno nie każdy wie czym są „sloty”, dające awans na triathlonowe mistrzostwa świata. Czy mógłbyś przybliżyć nam ten termin. W ogólnej klasyfikacji można znaleźć się nawet w dalszych dziesiątkach, a mimo to zakwalifikować się do tych rozgrywek. Jak to działa?
Slot to przede wszystkim wyróżnienie i nobilitacja, a mówiąc wprost, kwalifikacja do udziału w finałach Ironman 70.3. Co roku finały popularnej „połówki” odbywają się w innym państwie. W zależności od miesiąca, w którym odbywają się zawody, sloty są przydzielane odpowiednio na rok następny, np. w Warszawie, Gdyni oraz Poznaniu, kwalifikacje zdobywa się na finały w Finlandii w Lahti. Zasada przyznawania slotów miała swój początek w czasie zawodów Ironman 140.6 z tą różnicą, że finały najbardziej znanego wyścigu odbywają się co roku na wyspie Big Island Kona na Hawajach. Poza ustępstwem w czasie pandemii, od ponad 30 lat, w tym samem miejscu. Ilość slotów zależy od kilku czynników. Wśród najważniejszych można wymienić ilość z danej kategorii wiekowej, płeć oraz ilość miejsc, jakie federacja przydziela na daną część świata. W przypadku Gdyni na kilkuset zawodników czekało 45 slotów. O ile walka o trzy pierwsze miejsca w klasyfikacji generalnej jest dla amatora trudnym zadaniem, żeby nie powiedzieć niemożliwym, o tyle walka w grupach wiekowych dla osób w podobnym wieku, jest bardziej realna i tak było w moim przypadku. W AG35-39 było najwięcej osób spośród wszystkich zawodników, dlatego w tej kategorii do rozdania przypadało siedem miejsc na finały. Ceremonia rozdania slotów odbywa się zwyczaj w dniu zawodów w godzinach popołudniowych. Prawo do odbioru mają w pierwszej kolejności zawodnicy, którzy zajęli najwyższe miejsca. Zdarzają się też sytuacje, w których ktoś się kwalifikuje, ale nie przyjmuje slota, ze względu na fakt, że miał już slota, którego zdobył wcześniej w danym roku. Wtedy obowiązuje zasada roll down i do odbioru kwalifikowana jest kolejna osoba z listy. W Gdyni, mimo że uzyskałem najlepszy wynik, jaki do tej pory osiągnąłem na zawodach IM70.3, do ogromu pracy włożonej w przygotowania i wyścig, musiałem dołożyć jeszcze 1% szczęścia. W moim przypadku jedna osoba z tych, które były ode nie lepsze w czasie wyścigu, musiała odmówić przyjęcia slota, więc emocje w czasie ceremonii dawały o sobie znać do samego końca. Ostatecznie uzyskałem kwalifikację odbierając 5. slota.
fot. Bartosz Nowicki (archiwum prywatne)
W ostatnich dniach triathlon zyskał w Polsce sporo na popularności. Stało się to dzięki sukcesom naszych rodaków w ekstremalnym biegu Swiss Ultra, odbywającym się na dystansie 10-krotnego Ironmana. Najlepszy z Polaków, Adrian Kostera, przyznał, że swoje początki w tym sporcie zawdzięcza nałogowi, a dokładnie chęci jego pokonania. Jak widać triathlon to skuteczny sposób na rzucenie palenia. A co skłoniło Ciebie do wyboru tej dyscypliny? Co było Twoją motywacją?
Tak, to temat, który mocno elektryzuje środowisko za sprawą naszych rodaków. Również z zapartym tchem śledziłem ich poczynania w czasie przygotowań do zawodów, jak również w ich trakcie. Triathlon sam w sobie jest wymagającą dyscypliną, wymaga od nas systematyczności, dyscypliny, zaangażowania w codziennej pracy oraz na treningu. Wymaga też uczciwego podejścia do samego siebie. Walka z nałogiem nie jest dla mnie pojęciem obcym. Powiem więcej, mój powrót do sportu w zasadzie równolegle rozpoczął się w momencie, w którym podjąłem się terapii leczenia uzależnienia od alkoholu. W 2019 roku, w lipcu zdecydowałem się skorzystać z pomocy. Początki nie były łatwe. W zasadzie musiałem przewartościować całe swoje życie i zacząć budować je od postaw. Niestety do momentu odbicia się od „dna” ta choroba zbiera potężne żniwa. Nauczyłem się mówić o niej otwarcie, ponieważ właśnie w ciszy moim zdaniem najlepiej się rozwija. W moim przypadku, kiedy w zasadzie sam już problemu nie widziałem, nie byłem sobie w stanie z nią poradzić. Wiedziałem natomiast, że poza terapią potrzebuję czegoś więcej. Potrzebuję czegoś na tyle trudnego, aby wymagało to ode mnie ciągłej pracy nad sobą i przede wszystkim sytuacji, w której będę miał kontrolę nad swoim życiem. Przed rokiem 2019 miałem już kontakt z triathlonem, patrząc jednak z perspektywy czasu nie traktowałem tego sportu poważnie. Wymaga on uczciwej postawy względem siebie. Kiedy zamiast przygotowywać się do startów, zamiast na treningu, jesteś na imprezie, która trwa z przerwami tygodnie poprzedzające zawody, nie osiągniesz w tym sporcie nic więcej poza frustracją na mecie… Mogę mówić tylko o sobie, ale naturalnie ten sport wpasował się w moje potrzeby i pomógł mi systematycznie, po kawałeczku wrócić na dobrą drogę. Triathlon ma wpływ na każdy aspekt mojego życia. Uczy pokory i równocześnie stawiać sobie poprzeczkę wyżej. Co ciekawe i ważne, coraz więcej osób ze świata sportu mówi otwarcie o tej chorobie i innych swoich nałogach, dając świadectwo, że nasze życie to proces i tylko od nas zależy jak je przeżyjemy.
fot. Bartosz Nowicki (archiwum prywatne)
Ile czasu upłynęło od Twojego pierwszego startu? Jak zmieniły się Twoje wyniki od tego czasu? Jaką drogę trzeba przejść, by zacząć odnosić realne sukcesy w tak wymagającej dyscyplinie, jaką jest triathlon?
Pierwszy start w zawodach triathlonowych to 2016 rok, gdzie zaliczyłem wypadek na zakręcie trasy rowerowej. Był to dystans 1/4 Ironmana w Piasecznie. Trasę pokonałem w czasie 3h i 5min zajmując 39. lokatę. W sumie w sezonie 2016 ukończyłem zawody w pięciu lokalizacjach. W międzyczasie również debiutowałem na biegach górskich. Później coraz częściej wybierałem inne formy spędzania wolnego czasu i poza pojedynczymi startami, do roku 2019 nie trenowałem regularnie. Dziś mogę powiedzieć, że w moim przypadku, droga, którą przeszedłem, daje mi na pewno duży bagaż doświadczeń, dzięki którym mogę korzystać z nich w dobry sposób i mają one realny wpływ na wyniki teraz. W 2021 roku w czasie zawodów w Tallinie, przed startem kolega powiedział mi coś, co mocno utkwiło mi w pamięci, że realne sukcesy można odnieść po 2-3 latach pracy z trenerem. Nie wiem czy u wszystkich tak jest, ale w moim przypadku tak się właśnie stało. Realnie po trzech latach udziału w zawodach triathlonowych, w cyklu Iron Triathlon, niezmiennie na dystansie 1/4 Ironmana, w tym roku mój czas systematycznie się skraca. Obecnie kończę zawody na podium w AG35 z czasem w okolicy 2:12. Oczywiście jest sporo pracy przede mną. Najlepsi zawodnicy kończą z czasem w okolicy 2:00. Uważam, że taki wynik jest w zasięgu, ale wymaga ciągłego doskonalenia się i wytrwałości w dążeniu do celu.
Jak oceniasz, ile w tym to zasługa „wyścigu zbrojeń” i wciąż unowocześnianego sprzętu, a ile treningu i podnoszenia granic własnych możliwości. Czy w czołówce tej dyscypliny można wciąż spotkać zawodników nie przykładających dużej wagi do posiadanego sprzętu sportowego?
Jak zawsze w przypadku takiego pytania, odpowiedź nie jest oczywista i wymaga chwili zastanowienia. Wszystko zależy od naszego nastawienia. Osobiście uważam, że sprzęt ma duże znaczenie, podobnie jak nasze podejście. Wielokrotnie widziałem zawodników wyposażonych w najlepszy sprzęt, którzy w trakcie zawodów po prostu odpuszczali. Z drugiej strony, miałem przyjemność rozmawiać z osobami wyposażonymi w sprzęt relatywnie gorszy, którym zawziętości i determinacji mogliby pozazdrościć zawodnicy będący kilka miejsc wyżej w klasyfikacji końcowej. Mogę powiedzieć na swoim przykładzie, że jeżeli jesteśmy wystarczająco zdeterminowani i otaczamy się ludźmi, którzy myślą podobnie jak my, jesteśmy w stanie, w miarę jak nasze wyniki się poprawiają, znaleźć sposób, aby modernizować sprzęt. Pierwsze swoje zawody Ironman 70.3 w Gdyni ukończyłem na pożyczonym sprzęcie. W 2019 roku miałem kłopoty finansowe, które były pokłosiem mojego wcześniejszego postępowania. Jednak na tamten moment rower szosowy, strój oraz buty i kilka jeszcze pożyczonych elementów wyposażenia wystarczyły, aby wziąć udział. Z czasem 6:45 przekroczyłem linię mety. Motywacja jaką miałem i satysfakcja sprawiły, że po 3 latach ciężkiej pracy, w zasadzie każdego dnia w tym samym miejscu, przekroczyłem linię mety na nieco innym sprzęcie, faktycznie wyposażony w profesjonalny sprzęt, na którym ściga się czołówka AG. Reasumując, daj sobie czas, wypracuj wyniki i stopniowo dokładaj sprzęt. Najlepszy na jaki cię stać, bo jest to pasja i hobby, ale realnie niech będzie on odzwierciedleniem naszej formy, a nie portfela.
fot. Bartosz Nowicki (archiwum prywatne)
Jak udaje Ci się godzić życie zawodowe ze sportowym? Czy przechodząc od amatorskich rywalizacji do profesjonalnych startów, w życiu triathlonisty nadchodzi w końcu taki moment, w którym musi on wybierać między tymi obszarami?
Wiesz, myślę że ten sport wymaga planu. Jeżeli przygotowujemy się do zawodów typu Ironman 70.3, treningi wymagają objętości. Mówiąc w skrócie, jest ilość godzin, które musimy przepalić na treningu. Ostatecznie nasz organizm musi być przygotowany na to, że będzie na 100% obciążany wysiłkiem kilkugodzinnym, wielokrotnie w sezonie. Aby się solidnie do tego przygotować, trzeba poukładać sobie pozostałe sprawy. Wbrew pozorom możliwości mamy co najmniej kilka, aby nie zawalić naszym hobby pozostałych aspektów życia. Powiem więcej, mi triathlon pomaga gospodarować czasem i dzielić go pomiędzy różne aktywności. Staram się, aby w czasie danej aktywności, inne nie zaprzątały mi głowy. W czasie, w którym spędzam czas z synem jestem w 100% dla Franka. W czasie treningu skupiam się na zadaniach trenera Pawła Janiaka. W ciągu dnia, będąc w pracy zajmuję się zadaniami, jakie mam i które należą do moich obowiązków. Niby banał, ale bez jasno postawionych granic, zarówno w pracy nie będziemy produktywni, jak i w czasie treningu lub zabawy. W tej materii dużą inspiracją są osoby z mojego otoczenia. Myślę że to klucz do sukcesu, aby inspirować się i otaczać ludźmi, którzy mają podobne cele i ambicje, są podobnie jak my zmotywowane i w razie gorszych momentów potrafią wesprzeć lub w razie potrzeby służyć pomocą. W moim przypadku wielokrotnie pomagała mi Dominika. Mogę śmiało powiedzieć, że wielu zawodników mogłoby brać z niej przykład, mimo że w zasadzie w triathlonie debiutuje w tym roku. Nie pamiętam treningu, który nie został wykonany na 100%, zgodnie z planem trenera. Powiem więcej, gdyby nie fakt, że zgodnie z ustaleniami o 6.00 spotykamy się na basenie, na bieżni lub na początku trasy rowerowej, nie jeden trening realizowałbym w innym dniu lub wieczorem. Wspólny cel sprawia, że szuka się takich rozwiązań, które na koniec sprawią, że go zrealizujemy. Obserwuję również zawodników, którzy łączą, podobnie jak ja, pracę zawodową ze sportem i życiem prywatnym. Skoro oni potrafią, ja również. Oczywiście wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i zdarzają się sytuacje wyjątkowe. Pracuję w branży informatycznej, często wyjeżdżam na spotkania z klientami. Zdarza się, że o 6.00 jestem już w aucie, a wracam późnym wieczorem, więc ciężko jest zrobić trening według planu. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby w samochodzie czekał sprzęt i po spotkaniu, jeszcze przed powrotem do domu wykonać go w dowolnym miejscu w Polsce. To kwestia szukania rozwiązań.
Adrian Kostera, za 3. lokatę w biegu Swiss Ultra otrzymał 400 euro, koszt wpisowego wyniósł zaś 3400. Dysproporcja jest dość spora. Czy w tej dyscyplinie jest szansa na zdobycie dobrych sponsorów i utrzymywanie się w pełni z tego sportu, czy to raczej tylko kosztowne hobby?
Przyznaję, dysproporcja w przypadku zawodów Swiss Ultra jest faktycznie znacząca. Natomiast ciężko jest porównać tego typu konkurencje z przyjętymi i bardziej popularnymi dystansami typu Ironman lub Ironman 70.3. Jeżeli spojrzymy na ten sport tylko z ekonomicznego punktu widzenia, to jest to bez wątpienia drogie hobby. W zasadzie limit wyznacza nasz zdrowy rozsądek oraz zasobność portfela. Z drugiej strony, jeżeli podejdziemy z głową do wydatków i zaczniemy modernizować sprzęt w miarę jak rozwija się nasza pasja, a wyniki poprawiają, jestem przekonany, że krok po kroku będzie na takim poziomie, który sprawia nam satysfakcję. Często słyszę pytanie, jaki sens jest wydawać tyle na rower i na hobby, przecież w zasadzie nic z tego nie zarabiasz tylko dokładasz. Po chwili zastanowienia, widzę sposób na spędzanie wolnego czasu, z ludźmi, których doceniam i którzy potrafią zmotywować do działania. Widzę cały świat możliwości, pięknych miejsc do zobaczenia. Widzę również sport, rywalizację i doskonalenie się na każdym kroku. Mam okazję spełniać swoje marzenia i być może, również moją historią, motywować innych. Pokazywać, że nawet jeśli w naszym życiu nie zawsze wszystko układało się po naszej myśli i popełnialiśmy błędy, możemy mieć własne cele i tylko od nas zależy, czy jesteśmy w stanie je zrealizować. Sponsorzy również dostrzegają potencjał w ludziach. Oczywiście wybiorą tych, którzy będą dostatecznie zdeterminowani. Z drugiej strony, przyjaźnię się z kilkoma osobami bardzo utalentowanymi i ciężko pracującymi na swój sukces, które odmawiały na pewnym etapie współpracy ze sponsorem i wybierały inne firmy. Dlaczego? Ponieważ firmy oferowały im zamiast płacenia swoje produkty, a na koniec dnia, na pewnym etapie, sport u niektórych zawodników staje się pracą, a za pracę powinniśmy dostawać wynagrodzenie i uważam to za bardzo dobry kierunek.
fot. Bartosz Nowicki (archiwum prywatne)
Jaki najdłuższy dystans triathlonowy pokonałeś w swoim życiu? Czy rozważałeś swój start w ultra długim wydaniu Ironmana?
Tu pojawia się wątek pytania, które ostatnio dosyć często słyszę „Bartek, to kiedy zrobisz „pełnego” Ironmana?” W chwili obecnej, czyli w sezonie 2022, skupiłem się na osiągnięciu najlepszego możliwego wyniku na dystansie Ironman 70.3. Jestem jeszcze przed Mistrzostwami Polski na dystansie średnim, które odbędą się w Poznaniu, czekają mnie też ostatnie starty na dystansie 1/4 Ironman w cyklu Garmin Iron Triathlon. Ten cykl stanowił dla mnie element sprawdzenia, czy wszystkie założenia idą zgodnie z planem. Z drugiej strony, to również mocno angażujący udział – to aż 11 lokalizacji w różnych częściach Polski. Na ten moment jestem bardzo zadowolony z rezultatów. Obecnie jestem na 1. miejscu w AG35 oraz na 7. w klasyfikacji generalnej, na ponad 1500 zawodników i zawodniczek. Reasumując, obecnie skupiam się właśnie na tych dystansach. Chciałbym zdobyć najwyższe możliwe miejsce w przyszłym roku, w czasie finałów. Będę się tam ścigał z najlepszymi na świecie, więc dużo pracy przede mną.
fot. Bartosz Nowicki (archiwum prywatne)
Jakie starty planujesz w następnych miesiącach?
Do zakończenia sezonu, tak jak wcześniej wspominałem, pozostały jeszcze dwa starty w cyklu Garmina oraz Mistrzostwa Polski w Poznaniu. To był bardzo intensywny sezon, dlatego po Poznaniu rozpoczynam roztrenowanie. Być może spotkamy się jeszcze na zawodach biegowych w Piastowie. Mimo że starty w cyklu Piastowskich Biegów Historycznych nie były dla mnie priorytetem, parę razy podjąłem to wyzwanie, co w rezultacie daje mi okolice trzeciego miejsca w klasyfikacji generalnej. Znając moje nastawienie na walkę, wpadnę tu jeszcze się pościgać. Tym bardziej, że mój syn Franio również uczestniczy w tym cyklu biegów, w grupie dzieci do lat 13.
Już po urlopie? Jak w ogóle wyglądają wakacje profesjonalnie podchodzącego do sprawy triathlonisty? Odpuszczasz sobie całkiem treningi? Jesz co dusza zapragnie, czy pilnujesz się swojej sportowej diety? Ile dni można sobie pofolgować, żeby nie wypaść z formy?
Co do urlopu, podobnie jak większość z nas, mam 26 dni. Układam plan na początku roku, mniej więcej, aby zobaczyć jak ten czas najlepiej wykorzystać. W bieżącym roku, w marcu 10 dni spędziłem na obozie przygotowawczym do sezonu w Hiszpani, w Calpe, gdzie wspólnie z grupą Triwawa, trenowałem pod okiem Marcina Fabiszewskiego. Kolejnym mini urlopem można nazwać kilka dni poprzedzające zawody właśnie w Gdyni. W tym roku organizacja była o tyle trudna, że termin zawodów w Gdyni pokrył się z drugim tygodniem „urlopu” u Franka w przedszkolu. Dlatego musiałem podzielić ten czas pół na pół. Mówiąc w skrócie, faktycznie w przypadku urlopu osoby, która planuje starty, ten element ma duże znaczenie. Po zakończeniu sezonu startowego każdy zawodnik rozpoczyna roztrenowanie. Moment, w którym amatorzy sportu pozwalają sobie na więcej. Dla jednych będzie to wyjście na miasto i napój wyskokowy, dla jeszcze innych rozpusta w cukierni, dla następnych to spanie po 7-8 godzin bez presji porannej pobudki. Każdy jest inny, dlatego ten czas dla każdego znaczy coś innego. Z drugiej strony w czasie sezonu, jeżeli mam ochotę na coś słodkiego, nie ograniczam się. Zdaję sobie sprawę, że to może mieć wpływ, nie martwię się jednak w żaden sposób o wagę. Przy 10-12 godzinach treningu w tygodniu, pączek zostanie przepalony już na starcie. W czasie zbliżającego się roztrenowania zamierzam wysypiać się lepiej i pozwolić głowie odpocząć od presji czasu. Myślę, że to najlepiej się sprawdzi w moim przypadku. Co do zasady, czas roztrenowania ustala się wspólnie z trenerem, ale każdy ma swoje indywidualne potrzeby. Spotkałem się również z opinią, że często roztrenowanie trwa do momentu, kiedy organizm sam powie ci, że to już ten moment, już czas wracać na bieżnię, basen i rower.
Z Bartoszem Nowickim rozmawiała Agata Ziąbska
fot. nagłówek: Paweł Naskrent / Maratomania.pl
Udostępnij






