
Z wizytą na Wimbledonie
Leszek Grabarczyk w rozmowie z Bartkiem Wójcickim, pasjonatem tenisa, który z Piastowa ruszył wprost na słynne angielskie korty.
Leszek Grabarczyk: Jak zaczęła się Twoja przygoda z tenisem?
Bartek Wójcicki: Jak miałem 9 lat rodzice zapisali mnie do szkółki tenisowej w Piastowskim Towarzystwie Tenisa i Bocce. Byłem jej uczestnikiem do ukończenia 16-go roku. Po wstępnej nauce gry braliśmy udział w wielu organizowanych turniejach i grach w ramach dziecięcej listy rankingowej. Pozwalało to świetnie doskonalić umiejętności, ale też nabrać odporności na stres związany z bezpośrednią rywalizacją z koleżankami i kolegami. Bardzo polubiłem tę dyscyplinę.
Jak rozwijałeś swoje umiejętności w kolejnych latach?
W okresie szkoły średniej i studiów grałem mniej, można powiedzieć sporadycznie, ale rakieta zawsze była w moim pokoju, pełna gotowości do gry ze znajomymi. Obecnie staram się grać częściej i startować w amatorskich turniejach. Ostatnio udało mi się wygrać jeden z turniejów w Piastowie w ramach Grand Prix Powiatu. Mam kontakt z kolegami z dawnych lat, z którymi doskonalimy umiejętności. Tenis to wspaniała gra o walorach prozdrowotnych i towarzyskich.
Słyszeliśmy też o Twojej innej pasji związanej z tenisem. Czy możesz coś nam o niej opowiedzieć?
Zawsze chciałem poznać atmosferę zawodowego sportu. Nie doświadczyłem tego od środka, bo nigdy nie trenowałem wyczynowo. Postanowiłem to realizować od strony kibica i osobistych zainteresowań. Co jakiś czas staram się więc pojechać na zawodowy turniej. Byłem już na kilku w Polsce i w Europie. Pozwoliło mi to zobaczyć obiekty tenisowe oraz poczuć atmosferę profesjonalnego tenisa. Lubię uczestniczyć w pierwszych rundach turnieju. Jest wielu zawodników, jest fajniejsza i luźniejsza atmosfera oraz można obejrzeć więcej meczów i treningów
Gdzie byłeś ostatnio?
Przed dwoma tygodniami wróciłem z Wimbledonu.
Wielkie gratulacje. W końcu to „świątynia światowego tenisa”. Jakie wrażenia?
Coś wspaniałego. Stonowana zieleń obiektu, ponad stuletnia tradycja, białe stroje grających, zachowanie kibiców, loża królewska i ogólna atmosfera, naprawdę robią wrażenie. Słowo „świątynia tenisa” jest w pełni uprawnione.
fot. Bartek Wójcicki
Kupić tam wejściówki, to nie jest takie proste. Jak tego dokonałeś?
Zgodnie z wieloletnią tradycją, organizatorzy codziennie rano przeznaczają pewną ilość biletów na sprzedaż. Chętni ustawiają się w kolejce nawet dzień wcześniej. Znanym zwyczajem jest ustawianie małych namiotów i spanie w nich, aby rano móc nabyć wejściówki na teren obiektu. To jest wszystko fajnie zorganizowane, nie ma żadnych sporów. Nawiązują się znajomości. Jest to swoista przygoda, a zarazem frajda, gdy uda się kupić bilet. Mi w tym roku udało się trzy razy. Wymaga to trudu, ale tym bardziej się to docenia i pamięta.
Co się czuje po wejściu na teren obiektu?
Ooo, wielkie zadowolenie i radość. Można chodzić po całym obiekcie, prócz głównych kortów, gdzie obowiązują oddzielne bilety. Ja lubię chodzić tam, gdzie grają nasi rodacy i gdzie trenują gwiazdy tenisa. Można wtedy podpatrzeć ich zagrania i po treningu zrobić z nimi zdjęcia. To wspaniała pamiątka.
fot. Bartek Wójcicki
Jakie plany na przyszłość?
Będę chciał kontynuować swoją pasję w tym zakresie. Mój były nauczyciel i trener powiedział mi, że najpiękniej położone korty na świecie, to te w Monte Carlo. Tam odbywa się wczesną wiosną jeden z najbardziej znanych turniejów, na których odnosili sukcesy Polacy – Tłoczyński, Hebda, Skonecki, Fibak. Prędzej czy później, będę chciał tam być. Jest mnóstwo przepięknych obiektów tenisowych. Może część z nich uda mi się poznać.
Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia na korcie!
Leszek Grabarczyk
PTTiB
Udostępnij

