
Jak korty budowano
Leszek Grabarczyk rozmawia z pierwszym Prezesem Piastowskiego Towarzystwa Tenisowego (PTT), Andrzejem Maraskiem.
LG: Początek lat dziewięćdziesiątych. Przemiany społeczne i gospodarcze w kraju. Z oddolną inicjatywą budowy kortów tenisowych w Piastowie wychodzi młody ksiądz Sławomir Kawecki. Studiował w Rzymie i Paryżu, obronił doktorat. Wśród grupy zapaleńców byłeś wtedy i Ty. Po jesienno-zimowych spotkaniach i naradach roku 1990, z nadejściem wiosny nastąpiły intensywne prace społeczne przy ul. Namysłowskiego, gdzie znajdował się stary, zniszczony kort. Byłeś mocno zaangażowany w budowę. Jak wspominasz ten czas i organizację robót?
AM: Ksiądz Sławek był rzutki, energiczny i umiał zjednywać sobie ludzi. To był czas pełnej radości. Odchodziła „komuna”. My młodzi chcieliśmy działać. Wokół idei budowy kortów pojawiło się kilkanaście osób. Szefem budowy wybraliśmy Zbigniewa Strzeleckiego, który świetnie planował i realizował poszczególne fazy robót. Wszystkie prace były wykonywane społecznie przez przyszłych członków Stowarzyszenia, które chcieliśmy założyć. Pomagali też uczniowie warsztatów szkolnych „Chemika”
LG: Wszystkich robót ziemnych chyba nie dało się wykonać ręcznie. Czy jakiś sprzęt ciężki był używany?
AM: Przyszedł taki moment, że konieczna była koparka i wał do ubijania. Pomógł nam w tym Stefan Marczyński – szef Spółki Wodnej i jego pracownik, Jacek.
LG: Był jeden stary kort, a zaplanowano przebudowę, aby były dwa, a nawet w przyszłości trzeci ze ścianką tenisową. Czy pamiętasz kto był projektantem?
AM: Ksiądz Sławek znał inżyniera budownictwa drogowego, a zarazem tenisistę Wojciecha Bojanowskiego. To on doradził nam i zaprojektował kort na podbudowie żużlowej, ze względu na koszty. Za sprawą Zbigniewa Strzeleckiego, kilkadziesiąt metrów sześciennych żużla, razem z transportem, pozyskaliśmy bezpłatnie z ZM ”Ursus”.
ks. dr Sławomir Kawecki | fot. PTTiB
LG: Przydał się też Twój samochód z przyczepką, stary „Peugeot” księdza i „Trabant” Zbigniewa.
AM: Wtedy nie było telefonów komórkowych. Aby kogoś poinformować lub coś załatwić, trzeba było dojechać rowerem lub w sytuacji pilnej, samochodem. Ksiądz Sławek był w ciągłej gonitwie, miał przecież obowiązki parafialne i katechezę. Kilka miesięcy budowy załatwiło jego samochód. Wysiadło zawieszenie, a silnik nadawał się do wymiany lub generalnego remontu
LG: Miesiące wiosenne 1991 roku były bardzo intensywne na placu budowy i organizacyjnie. W lipcu zarejestrowaliśmy Stowarzyszenie w sądzie, jako Piastowskie Towarzystwo Tenisowe.
AM: Oj, działo się. Do lipca mieliśmy przygotowany i wypoziomowany teren do układania mączki ceglanej. Rejestracja Stowarzyszenia w sądzie pozwalała nam oficjalnie występować do Miasta i różnych instytucji o dofinansowanie.
LG: To jest nie do pomyślenia na dzisiejsze czasy, ale wtedy wszystkie prace przygotowawcze, ziemne, projektowe, roboty z użyciem ciężkiego sprzętu, transportowe były wykonywane bezkosztowo. Fundusze konieczne były na zakup mączki i glinki kaolinowej, aby po zmieszaniu w betoniarce móc układać na podbudowie. Czy pamiętasz, skąd takie środki uzyskano?
AM: Nawet potrzebny cement, piasek, betoniarka, taczki, narzędzia były użyczane bezpłatnie. To był czysty spontan i radość działania. Natomiast środki na wspomniany zakup pozyskał częściowo ksiądz Sławek, w różnych firmach, a po rejestracji wystąpiliśmy z oficjalnym pismem, również do Władz Miasta. Przychylność Burmistrza Zdzisława Brzezińskiego, v-ce Burmistrza Ryszarda Wojciula i Przewodniczącego Rady Miasta, Jacka Szczygła pozwoliły kupić w dostatecznej ilości potrzebny materiał.
LG: Sierpień to ekscytujący moment układania nawierzchni według odpowiedniej proporcji, opracowanej przez Pana inż. Wojciecha Bojanowskiego. Były próby różnych metod. W końcu zdecydowano o układaniu metodą po łatach, tak jak to się robi przy wylewce betonowej. Czy kojarzysz kto podsunął ten sposób?
AM: Trochę pomogłem i ja, ale przygotowanie łat i całą organizację robót opracował Zbigniew. Było przecież do ułożenia prawie 700 metrów kwadratowych. To wymagało dobrej koordynacji. Jedni mieszali w betoniarce, drudzy rozwozili taczkami, a trzeci, równomiernie rozsypywali, rozgrabiali i ściągali listwą do odpowiedniej grubości. Sukcesywnie zraszano i wałowano.
LG: Jeszcze raz trzeba to podkreślić. Wszystko w czynie społecznym. Po kilku dniach, wyschnięciu i stwardnieniu nawierzchni kortu, można było spokojnie biegać. Wystarczyło zrobić podsypki i dotrzeć stopami, aby móc grać.
AM: Ależ to była frajda, gdy piłka równo się odbijała i można było ćwiczyć i grać.

fot. PTTiB
LG: Jeszcze nie na punkty, bo nie było wyznaczonych linii. Z tym oznaczeniem też był jakiś problem. Czy pamiętasz, na czym on polegał?
AM: Okoliczne stare drzewa ograniczały pole gry. Chcieliśmy mieć dwa pełnowymiarowe korty do gry deblowej. Kombinowaliśmy różnie, ale się nie dało. Decyzja zapadła, że aby mieć przepisowy odstęp pomiędzy kortami, wyznaczono kort bliżej furtki, do gry pojedynczej, a dalszy do gry deblowej. Tak pozostało do dnia dzisiejszego.
LG: Na przecięciach linii były wbijane gwoździe z pióropuszami żyłek, aby móc wiedzieć, skąd rysować linie. Pamiętasz ten ciężki wózek do rysowania?
AM: Do pojemnika wchodziło prawie dziesięć kilo kredy. To chyba ksiądz Sławek gdzieś go załatwił. Był on przerabiany na rozmiar sypania linii, gdyż pierwotnie służył na boisku piłkarskim, gdzie linie są szersze.

skan Gazety Mazowieckiej z czerwca 1992 r. | fot. PTTiB
LG: Pod koniec sierpnia ćwiczyły już dzieci w ramach szkółki tenisowej. We wrześniu zapisało się ich około osiemdziesięciu, a dla dorosłych zrobiliśmy pierwszy turniej.
AM: Tak, to był niewątpliwie nasz sukces, a szczególnie księdza Sławka.
LG: Trzeba to było ogarnąć organizacyjnie. Do tej pory funkcjonowało wszystko na zasadzie spontanicznej. Po zarejestrowaniu Statutu w sądzie, należało wybrać Zarząd PTT. Jak to było, że zostałeś namówiony do kandydowania na Prezesa?
AM: W toku budowy i wspólnych potem gier, Ksiądz Sławek ciągle zagadywał o tej funkcji. Panie Andrzeju, Panie Andrzeju, Pan gra, grają Pana synowie, dla dobra rozwoju itd. No i Pan Andrzej się zgodził. Wszyscy związani z tenisem w Piastowie mnie znali, więc na pierwszą kadencję wybrano jednogłośnie.
LG: Jakie kierunki działań stały przed wybranym Zarządem?
Andrzej Marasek (piąty od lewej) | fot. PTTiB
AM: Z nadejściem zimy szkolenie przeniesiono do sal gimnastycznych SP nr 3 i 5. Wybrano Zarząd zgodnie ze Statutem, założyliśmy konto bankowe PTT. Mogliśmy gromadzić własne środki na rozwój. Zdawaliśmy sobie sprawę, że przy tak dużej ilości dzieci i młodzieży chcącej uczyć się grać, musimy wypracować drogę rozwoju. Dyskutowano na zebraniach Zarządu, ale i na spotkaniach towarzyskich działaczy Stowarzyszenia.
LG: Jednym słowem, burza mózgów. Co ustalono?
AM: W takich sytuacjach zawsze ograniczeniem są środki finansowe. Staraliśmy się planować racjonalnie, choć ksiądz Sławek mobilizował nas do ofensywnego działania, optymistycznego patrzenia w przyszłość i nie zrażania się trudnościami. Podjęto decyzję budowy trzeciego kortu ze ścianką tenisową.
LG: Po wybudowaniu, miał być on przykryty dachem, aby móc szkolić w okresie jesienno-zimowym. Czy tak planowano?
AM: Tak. Ksiądz Sławek miał znajomości. Na jednym z lotnisk był wymieniany hangar. Konstrukcja i elementy blach starego, miały posłużyć do zadaszenia tego trzeciego kortu. Wszystko było już dograne do transportu i montażu.
LG: Ścianka jest, kort jest, ale bez przykrycia. W czym był problem?
AM: Problem stary jak świat. Kto ma być głównym beneficjentem i zarządzającym powstałym obiektem. Brak zrozumienia ze strony ówczesnej Dyrekcji „Chemika”. Nasza inicjatywa, nasz projekt, zaangażowanie naszych działaczy przy budowie, nasze w większości poniesione koszty rzeczowe, pracy społecznej i finansowe, a Dyrekcja chciała zawłaszczyć wszystko.
LG: Nie dało się wypracować porozumienia?
AM: Z przykrością to wspominam, nie dało się. Nawet żądano od PTT uiszczania opłaty za godziny korzystania z kortów do szkolenia dzieci i młodzieży, a przecież szkolenie, popularyzację tenisa mamy zapisane w celach statutowych. Nasza naiwność spowodowana spontanicznym, radosnym działaniem. Kto mógł się takich rzeczy spodziewać? Należało podpisać umowę przed rozpoczęciem prac budowlanych…
LG: To jakieś kuriozum, z tym żądaniem, ale jak to mówią, nie ma złego, co by na lepsze nie wyszło. Jakie wnioski wyciągnęło PTT i jakie były dalsze posunięcia Zarządu?
AM: Postanowiliśmy szukać innego rozwiązania. W centrum Piastowa od dawna był teren przeznaczony na sport i rekreację. Tzw. „Dołek” przy ul.11 Listopada. Był tam wylany asfalt, gdzie grano w piłkę, a na części wyznaczone były dwa korty. Po latach asfalt popękał, zaczęły wyrastać kępy trawy, a wszędzie walało się potłuczone szkło.
LG: To wymarzone miejsce pod budowę kortów ziemnych i siedzibę PTT w pobliskim domku, który był własnością klubu „Piast”. Co uczyniono?
AM: Władze miasta zauważyły potencjał Stowarzyszenia, które prowadziło masowe szkolenie i organizowało turnieje. Za przychylnością wspomnianych Burmistrzów i Przewodniczącego Rady Miasta, doprowadzono do podpisania umowy użyczenia terenu pod budowę kortów.
LG: Tak zapytam, z ciekawości. Skąd się wzięło to zagłębienie i co tam było wcześniej? Andrzej Skoczylas wspominał mi, że po wojnie razem z kolegami pływał tam w bali do prania i na tratwach, które sami zbijali.
AM: Tak mogło być, bo dziesięć lat później z kolegami robiliśmy podobnie. Jako dzieciak mieszkałem przy ul. Dworcowej i Godebskiego. Pamiętam lata pięćdziesiąte. Chodziłem do SP nr 1, która mieściła się w domkach kolejowych przy ul.11 Listopada 8. Ten dołek był częściowo wysypany leszem. Mieliśmy tam lekcje w-f. Część była bardziej zagłębiona, gdzie zbierała się woda. Zimą, to wymarzone miejsce na łyżwy, a ze skarp zjeżdżało się na sankach. Rodzice i starsi mieszkańcy mówili, że ten dołek powstał z wybrania gliny do robienia cegieł. Musiała być gdzieś wywożona, bo w Piastowie, a wcześniej w osadzie Utrata, nie było cegielni.
LG: Zapewne jest to do sprawdzenia, ale co się działo po podpisaniu umowy użyczenia?
AM: Zwołaliśmy Walne Zebranie członków Stowarzyszenia. Po poważnej dyskusji, podjęliśmy decyzję o etapowej realizacji inwestycji. Zrobiliśmy wstępny kosztorys koniecznych robót. Wystąpiliśmy o dotację do Miasta. Szukaliśmy sponsorów, występowaliśmy o darowizny do poważnych firm, z którymi miał kontakt ksiądz Sławek. Realnie liczyliśmy na prace społeczne i osobiste kontakty z lokalnymi firmami.
LG: Były przetarte szlaki i doświadczenie z budowy wcześniejszych kortów. To zapewne pomagało, ale jak zaplanowano harmonogram robót?
AM: Zbigniew Strzelecki zgodził się być ponownie kierownikiem prac. Inż. Wojciech Bojanowski nie odmówił pomocy w projektowaniu i naniesieniach na mapki geodezyjne. Pracownicy Urzędu Miasta też byli przychylni.
LG: Było miejsca na cztery korty. Jak to się stało, że zaprojektowano i wybudowano pięć?
AM: Po dokładnym wymierzeniu, okazało się cztery obrysy kortów można wpisać swobodnie. Na piąty zabrakło kilku metrów. Za aprobatą Władz Miasta zdecydowano podebrać od strony wschodniej trochę skarpy. Z tego urobku usypano potem i ukształtowano dzisiejszą górkę. Dzięki temu dzieci mają do dzisiaj frajdę zjeżdżania zimą na sankach, a latem na rowerach.
LG: Andrzeju, mówiłeś, że w dołku był wylany asfalt, a korty miały być ceglane. Co wymyślono, aby go usunąć?
AM: Jak się okazało, to było ponad dwa tysiące metrów kwadratowych asfaltu o grubości około dziesięciu centymetrów. Konieczne było jego zerwanie, wywiezienie i demontaż resztek starego ogrodzenia. Podjęliśmy się tego w czynie społecznym.
LG: Przecież to benedyktyńska robota.
AM: Można tak powiedzieć. Brało w tym udział kilkanaście osób. Ustaliliśmy, że kto może i dysponuje wolnym czasem, przychodzi i wykonuje część roboty. Trwało to około miesiąca, ale daliśmy radę, a ile zaoszczędzonych pieniędzy.

Leszek Grabarczyk w czasie treningu | fot. PTTiB
LG: Zapewne opracowano jakąś metodę. Jak to robiono?
AM: Początkowo robiliśmy w dzień, ale okazało się, że nagrzany asfalt, zamiast pękać, to się zwija. W sukurs przyszedł Jacek ze Spółki Wodnej Stefana Marczyńskiego, który przyjeżdżał swoją koparką przed piątą rano i zrywał część nawierzchni. Potem wchodziły w ruch nasze łomy i młoty.
LG: Pamiętam. Robota jak w kamieniołomach. A, jak to było z wywożeniem?
AM: Zabawna historia. Ktoś znał kierownika z Zarządu Dróg powiatowych. Taki pokruszony asfalt potrzebny im był do zalewania dziur. Sami podstawiali samochody. My, te kawałki ładowaliśmy na łychę koparki, a Jacek na pakę.
LG: Andrzeju, my tu cały czas o budowie i PTT, ale powiedz mi skąd u Ciebie zainteresowania sportem i działalnością społeczną?
AM: Jak się ma starszych braci, którzy uprawiali różne sporty, w tym lekkoatletykę, to trudno nie rywalizować z nimi i kolegami. Pchali kulą, rzucali dyskiem, robili różnego rodzaju zawody. W grupie z naszej okolicy byli też Janek Ganiec i Zbyszek Zarański.
LG: Doskonale to rozumiem. Ja też mam braci. Mieszkałem po drugiej stronie torów, kojarzę Ciebie już z lat sześćdziesiątych. Natomiast z lat osiemdziesiątych, pamiętam Twoją grupę siatkarską. Kto w niej grywał?
AM: Takich grup było kilka, rywalizowaliśmy ze sobą. Nie wiem czy wiesz, ale w klubie „Piast” była sekcja siatkówki. Do gry zapraszaliśmy Pana Włodzimierza Rejznera, nauczyciela w-f w „Chemiku”. W latach osiemdziesiątych mieliśmy paczkę, w której byli: Czesiek Czugajewicz, Bogdan Wąsik, Leszek Maniak, Kaziu Gajek, Andrzej Pływacz.
LG: Pamiętam Was, jak reprezentowaliście osiedle „Piastów” Spółdzielni Mieszkaniowej „Ursus” na spartakiadach.
AM: Tak, to Ty nas zgłaszałeś do tych zawodów.
LG: Zgadza się. Byłem wtedy szefem sportu w Spółdzielni „Ursus, a w TKKF „Promyk” prowadziłem sekcję tenisa ziemnego. Pamiętam Cię też z kortów RKS na stadionie. Od kiedy grasz w tenisa?
AM: Pierwsze kroki robiłem na tartanowych kortach w Instytucie Przemysłu Chemicznego przy ul. Harcerskiej. To były lata siedemdziesiąte. Grali tam Marek Wojtulewicz, doc. Jankowski, Zbigniew Stanecki, Marek Tulik. Do Ursusa przyjeżdżałem najczęściej ze Zbyszkiem Kużmińskim i Leszkiem Maniakiem. Wspaniałe, młode lata
LG: Odnośnie wspomnień, stara prawda. Co dwie głowy, to nie jedna. Wróćmy do naszej budowy w dołku. Co było dalej?
AM: W międzyczasie trzeba było podpisać umowy z Elektrownią i MPWiK, zrobić plany i naniesienia geodezyjne. Po zerwaniu asfaltu firma Heńka Nowotniaka ułożyła rury do podlewania, a ja zacząłem magazynować słupki i robić siatkę na ogrodzenie. Ryszard Kusiak podjął się wykonania na warsztatach szkolnych, słupków do siatek tenisowych. Stoją do dzisiaj. Do prac włączyła się Firma Remontowo-Budowlana Rysia Warchulskiego. Zbyszek zaś organizował żużel z zakładów „Ursus”. Pomimo przetartych szlaków, nie było to takie łatwe, bo wchodziły tu w grę, nie kilkanaście, a dziesiątki metrów sześciennych. Nie chcieli już darować, ale żądali zapłaty, a w naszej kasie pusto. Dzięki znajomościom, dali upust i to spory. Musieliśmy wykazać, że to cel społeczny.
LG: W tym czasie krążyły różne pogłoski i plotki. Dzisiejszym językiem zwane „fejkami”.

Zygmunt Hajzer na kortach PTTiB | fot. Anna Bartnicka-Ositek (Grupa Creative)
AM: Ludzi zawistnych, zazdrosnych i celowo źle poinformowanych, nie brakuje. W pewnym momencie poczułem się, jakbym dostał dechą w głowę. Kiedy zrywaliśmy asfalt i demontowaliśmy stare ogrodzenie, zaczęły się plotki i nawet opisywano to w prasie, z sugestią, że Marasek buduje swoje prywatne korty. Teraz, to się z tego śmieję, ale wtedy przeżywałem bardzo.
LG: Rozumieliśmy dlaczego nie chciałeś być wybranym na następną kadencję.
AM: Myślałem o rezygnacji, ale ksiądz Sławek prosił, abym dotrzymał do Walnego Zebrania PTT, które było zaplanowane na jesień 1993 r.
LG: W tym roku, robione były najważniejsze prace. Ogrodzenie, które Ty wykonywałeś, odwodnienie i układanie nawierzchni ceglanej na trzech kortach, bo zabrakło środków.
AM: Całe szczęście, że mieliśmy doświadczenie z poprzedniej budowy. Było do ułożenia, prawie trzy tysiące metrów kwadratowych. Wszystko w czynie społecznym. Skończyliśmy jesienią, przed Walnym Zebraniem. Nie zdążyliśmy nawet pograć, bo nastały wcześnie przymrozki.
LG: Na Walnym nikt nie chciał kandydować na Prezesa.
AM: Po tym, co rozpowiadano, to nie ma się co dziwić. Męską decyzję podjął ksiądz Sławek. Zgodził się na okres jednego roku, argumentując, że budowę trzeba dokończyć i wyremontować domek.
LG: Ponadto mieliśmy na wiosnę organizować ogólnopolski turniej do lat dwunastu, ujęty w kalendarzu Polskiego Związku Tenisowego. Statut mówi jasno, Stowarzyszenie na zewnątrz reprezentuje Prezes i bez tej funkcji praktycznie nie ma działalności.
AM: Ksiądz Sławek z charakterystyczną dla siebie energią ruszył do roboty. Zimą zbierano środki, a pod koniec lutego rozpoczęto remont domku i układanie nawierzchni.
LG: Andrzeju, my tu cały czas mówimy o PTT, a przecież obecnie jest to PTTiB.

fot. Anna Bartnicka-Ositek (Grupa Creative)
AM: Te dwie literki-iB-, to oddzielna historia. Porozmawiaj, o tym z Prezesem Andrzejem Makowskim, bo to za Jego kadencji je dopisano.
LG: Twoja Prezesura była bardzo owocna i kluczowa dla rozwoju Stowarzyszenia. Jak oceniasz, to z perspektywy czasu?
AM: Dzięki za uznanie. Poza tymi dwoma momentami, to wspaniały czas, dużo radości, satysfakcji, że się udało to wszystko zrealizować. Większość zaangażowanych w budowę znałem wcześniej. Piastów to małe miasteczko, a ja tutaj urodzony. Natomiast w późniejszych latach, dzięki Stowarzyszeniu, poznałem wielu fajnych kolegów. Przez ponad trzydzieści lat działalności przeżyliśmy wspaniałe, pełne emocji gry turniejowe, spotkania towarzyskie. Żałuję tylko jednego. Tak samo jak Ty, że nie udało się nam, postawić w naszym mieście hali tenisowej.
LG: Były próby. Było blisko. Ja dalej wierzę, że można to zrobić, tym bardziej, że hale tenisowe są praktycznie jedynymi, które można utrzymać bez dotacji. Pamiętasz, co mówił ksiądz Sławek. Nie zrażać się trudnościami. Andrzeju, trzeba ponowić tę inicjatywę. W maju przyszłego roku będzie okazja.
AM: Jaka?
LG: Trzydziesta rocznica oddania do użytku pięciu kortów i przekazania przez Władze Miasta, domku klubowego dla PTT. Wtedy, przez księdza Sławka byli zaproszeni goście w osobach profesora Zbigniewa Brzezińskiego, Prezesa Polskiego Związku Tenisowego, Pana Ryszarda Fijałkowskiego, a Twój syn Marcin grał mecz pokazowy z ministrem Aleksandrem Łuczakiem. Wizytę złożył ksiądz biskup Władysław Miziołek, który poświęcił obiekt.
AM: Przyznam, że połechtałeś moją ambicję. Zastanowię się nad tym i obiecuję, że porozmawiam z osobami, które mogą pomóc.
LG: Zróbmy to, nie dla siebie, ale dla młodszego pokolenia. Dzięki Andrzeju za rozmowę i wspomnienia. Życzę zdrowia, poczucia humoru i optymizmu, który Tobie zawsze towarzyszy.
AM: To ja dziękuję. Było miło pogawędzić o dawnych czasach.
Udostępnij

