
Z pasji do rysunku
Rozmowa z Moniką Walczak i Moniką Protasiuk – tatuażystkami z piastowskiego studia Santa Monica Tattoo Studio
Artur Andruszaniec: Czemu akurat tatuaż?
Monika Walczak:
W Polsce nie istnieje coś takiego jak zawód tatuażysta. Najczęstszą drogą do tatuowania jest pasja do rysunku, zamiłowanie, pielęgnowane od najmłodszych lat.
Przez spory kawałek czasu moje życie zawodowe kształtowała praca dla dużych korporacji, w segmencie finansów. Natomiast z tyłu głowy nieustannie pobrzmiewała myśl, że „to nie jest to”. Szukałam sposobności do wykonania życiowej odmiany. Trwałe przekwalifikowanie zawdzięczam poniekąd mojemu mężowi…
Monika Protasiuk:
Tak jest, zawsze zaczyna się na chłopakach [śmiech].
M.W.:
Zaproponowałam mężowi, że poprawię jego stare tatuaże, to zaś okazało się na tyle dużym sukcesem, że w niedługim czasie zaczęłam otrzymywać mnóstwo zapytań i propozycji. Droga do przekwalifikowania została otwarta. Zaczęło się pięć lat temu. Teraz nareszcie otworzyłam własny salon.
M.P.:
U mnie zaczynało się podobnie, pewnie tak samo, jak i u każdej tatuażystki, czyli od pasji do rysowania. W szkole obsesyjnie zapełniałam całe zeszyty rysunkami. Miałam taki „kultowy” zeszyt, który krążył między ludźmi. Wielu osobom bardzo podobało się to, co tworzę. Drogę do tatuażu rozpoczęłam od… tatuażu. Jak tylko skończyłam 18 lat, zrobiłam sobie pierwsze „dziary”. Nie od razu zdobyłam się na odwagę, by swoje życie zawodowe związać właśnie z tym zajęciem. Próbowałam znaleźć dla siebie taki kierunek studiów, który dałby mi pełnię szczęścia. Tak trafiłam na sławetny Marketing i Zarządzanie. Jednak szybko odkryłam, że nie jest to branża, w której byłabym w stanie funkcjonować z pełną satysfakcją. Studiowałam jeszcze projektowanie wnętrz, ale wkrótce nabrałam już pewności co do tego, co naprawdę chcę robić. Ukończyłam kurs tatuowania w Krakowie, gdzie – oprócz niezbędnej teorii – zgłębialiśmy techniki tej sztuki. Ćwiczyło się głównie na zwierzęcych skórach. Pierwszy prawdziwy tatuaż ja również wykonałam na swoim chłopaku. Wiązał się z tym spory stres. W czasie tatuowania nieustannie wstrzymywałam powietrze.. Jednak zaraz po udanym debiucie wszelki strach opadł, a kolejne zlecenia realizowałam już bez zahamowań.
M.W.:
Aby dobrze „wejść” w tę sztukę, ważne aby ta pierwsza tatuowana osoba była kimś bliskim, komu można zaufać, ze wzajemnością.
RED.: Jak wygląda wasza standardowa klientela? Czy są jakieś szczególne „typy” klientów?
M.W.:
ludzie tatuują się albo od zawsze, bo ich to kręci, albo dlatego, że w ich życiu stało się coś ważnego, przeżyli jakiś wstrząs, dobry lub zły. Zakochali się, ukończyli czterdziesty rok życia albo urodziło im się dziecko? Ci pierwsi tatuują się bez wahania i bez szczególnego lęku przed tym, że rysunek może im się kiedyś znudzić czy też utracić swoją „aktualność”. W ciągu życia potrafią poświęcić tatuażom niebagatelną ilość miejsca na swoim ciele. Natomiast klienci z tej drugiej kategorii zazwyczaj zrobią sobie jedną, ewentualnie dwie „dziary” i na tym poprzestają.
M.P.:
Zdarza się też oczywiście i trzeci typ klienta – ktoś, kto chce mieć tatuaż, ale nie wie jaki. To trudny orzech do zgryzienia. Zazwyczaj jesteśmy w stanie coś doradzić, ale akurat w tak ważkiej kwestii, jaką jest stworzenie rysunku, który będzie komuś towarzyszył do końca życia, pewność siebie jest nad wyraz zalecana…
RED.: Czy pozyskiwanie klientów wiąże się u Was z jakimiś szczególnymi zabiegami marketingowymi?
M.W.:
Gro naszych klientów pochodzi z polecenia – tak to najczęściej wygląda w tej branży. Każdy fajnie wykonany tatuaż „pracuje na nas”, to znaczy jest prezentowany znajomym, komentowany w szerokich kręgach. Klienci generują klientów. Ale nie brakuje też takich, którzy przyjdą sami z siebie. Zajrzą do salonu, zagadną, jakby dla przełamania wewnętrznych oporów.
RED.: A jak wygląda procedura – od czego należy zacząć? Czy posiadacie jakiś katalog tatuaży do wyboru, antologię inspiracji, z których osoba zainteresowana mogłaby skorzystać?
M.W.:
Klienci najczęściej wiedzą czego chcą i przychodzą z własnymi koncepcjami. My je często rozwijamy, rozbudowujemy. Pozwalamy sobie na sugestie. Czasem zdarza się też dostać „kompleksowe” zlecenie – od fazy projektu do wykonania. Można wtedy popuścić wodze fantazji, choć – wiadomo – rysunek musi wyrażać jakąś treść, ideę, dopasowaną do konkretnej osoby. A co do katalogu – nie. Obecnie już się od tego odchodzi. Takie zbiory „gotowców” były raczej domeną lat 90’. A w tatuażu liczy się przecież oryginalność, niepowtarzalność.
RED.: Rozumiem, że branża jest dosyć dynamiczna.
M.W.:
Bardzo dynamiczna. Jeszcze całkiem niedawno posiadanie tatuażu uchodziło za coś niezwykłego. Niektórym kojarzyło się z „więziennymi dziarami”, inni postrzegali to jako rzadko spotykaną ekstrawagancję. Teraz niemal każdy chce się tatuować. Widać to zwłaszcza po młodszych pokoleniach. Tatuaże są teraz w modzie.
M.P.:
Ale trzeba też dodać dla równowagi, że pod tym względem wciąż jesteśmy daleko w tyle za Europą Zachodnią. Wystarczy wyskoczyć na moment do Francji albo do Niemiec. W Berlinie wręcz trudno spotkać kogoś, kto nie jest „wydziarany”.
RED.: Jaki był najdziwniejszy rysunek, jaki zdarzyło wam się wykonać?
M.W.:
Nie ma czegoś takiego, jak „najdziwniejszy”. Tatuaż to osobista sprawa i nie należy go oceniać pod takim kątem. Mogę za to powiedzieć o jednym z najciekawszych przypadków. Kiedyś przyszedł do mnie niewidomy pan. Bardzo chciał posiadać tatuaż, choć, jak wiadomo, nigdy nie będzie mu dane go obejrzeć. Przyszedł z żoną, która pomogła wybrać odpowiedni wzór. Był to znak zodiaku.
RED.: A najtrudniejszy?
M.W.:
Na pewno jednym z największych wyznań było tatuowanie własnej córki. Mąż, to mąż – jego nie szkoda [śmiech].
M.P.:
Dla mnie najtrudniejsze to te „nowe” tatuaże – geometryczne, o prostych, równiutkich bryłach. Tutaj potrzeba naprawdę sporo opanowania i koncentracji. To z pewnością nie jest zadanie dla początkujących tatuażystek.
RED.: Czy z tatuażem wiążą się jakieś zagrożenia?
M.W.:
Jeśli ktoś chodzi do „podejrzanych” salonów, gdzie używa się kiepskiej jakości materiałów, tuszy, igieł, istnieje ryzyko uszczerbku na zdrowiu. W grę wchodzi zakażenie, wirusy. To, co ma znaleźć się pod skórą i towarzyszyć klientowi przez całe życie musi być przecież najlepszej jakości, posiadać wszelkie niezbędne atesty. Nie ma co żałować na materiałach – my tego nie robimy.
A jednak najczęstszą przyczyną komplikacji zdrowotnych jest zwyczajne ignorowanie zaleceń specjalistów, czyli nie stosowanie odpowiedniej higieny względem świeżo wykonanego tatuażu. Wtedy nawet wybór renomowanego salonu może nie uchronić przed powikłaniami.
RED.: O czym jeszcze musi pamiętać tatuażysta?
M.W.:
Tak jak w każdym zawodzie – aby dobrze wykonywać swoją pracę trzeba mieć sporo doświadczenia. Ważna jest wrażliwość artystyczna, „uważne oko” oraz pewna ręka. Ze względu na potrzebę precyzji i pełnego skupienia podczas pracy alkohol zupełnie nie wchodzi w grę. Kawa jest dopuszczalna, ale w bardzo niewielkich ilościach.
RED.: A teraz poruszę jedną z najbardziej „stereotypowych” kwestii – czy to boli?
M.W.:
To zależy od wrażliwości danej osoby. Zasadniczo nie jest to bolesny zabieg, choć długotrwałe tatuowanie, czyli wykonywanie grafik o dużej powierzchni, może doprowadzić do lekkich zawrotów głowy czy słabości. Dobrym rozwiązaniem są wtedy krótkie przerwy i ewentualnie podniesienie poziomu cukru. Z doświadczenia wiem, że w tej kwestii kobiety są bardziej wytrzymałe, niż faceci. Tak już jesteśmy skonstruowane [śmiech].
RED.: Plany na przyszłość?
M.W.:
Planujemy otworzyć się na miasto. Latem rozstawimy leżaki, może jakąś sziszę? Chcemy się wyróżnić na tle innych salonów, więc zależy nam, aby mieszkańcy Piastowa mogli z tego korzystać. Byłoby fajnie, gdyby nasze studio stało się po prostu „miejscówką”, do której każdy może wpaść, pogadać, poczuć się dobrze.
