
Najszybszy Polak z Piastowa
W tym roku przypada okrągła, 35. rocznica historycznego momentu w Polskiej lekkoatletyce. Dnia 9 czerwca 1984 roku podczas Memoriału Janusza Kusocińskiego w Warszawie Marian Woronin jako pierwszy białoskóry człowiek w historii pokonał barierę 10 sekund w biegu na 100 metrów. Wynik ten uczynił go najszybszym europejczykiem na 4 kolejne lata. W Polsce zaś rekord ten do dziś nie został pobity. Choć sportowe dokonania Woronina są powszechnie znane, mało osób wie, że wychował się on w Piastowie i tu właśnie stawiał swoje pierwsze kroki w karierze sportowej. Z najwybitniejszym polskim sprinterem spotkali się członkowie naszej redakcji: Zbigniew Stanecki i Agata Ziąbska.
AZ: Wychował się Pan w Piastowie?
MW: Urodziłem się w Grodzisku Mazowieckim ale szybko przenieśliśmy się do Piastowa. Tu chodziłem do szkoły, dorastałem. Mieszkałem na Harcerskiej niedaleko żeńskiego internatu czyli budynku, w którym obecnie znajduje się komisariat policji. Bardzo miło wspominam ten czas i zawsze chętnie wracam do Piastowa. Mam tu rodzinę. Dwie moje siostrzenice nadal tu mieszkają.
AZ: Co się robiło w Piastowie w wolnym czasie?
MW: Przede wszystkim chodziło się na Pęcice, na stawy. Czasami nas ganiali, bo to były stawy hodowlane i nie bardzo można było się kąpać, ale jak już było dużo ludzi, to zwykle nie było strażników. Raczej nie dało się tam pływać – woda była za płytka. Chociaż tam się uczyliśmy. Ja nauczyłem się pływać właśnie na stawach. Latem często się tam chodziło. Kiedyś wydawało się, że to kawał drogi. Kąpaliśmy się też na tzw. glinkach. Kolejka EKD też była frajdą. Jeździło się, z konduktorami ganiało. Zimą chodziło się na „góry doły” przy obecnej alei Tysiąclecia, żeby na nartach pojeździć. Tam kopali wtedy piach. Nasz zjazd miał ze 3 metry albo nawet 4. Mieliśmy tam swój Giewont. A jak się chciało w Alpy to jechało się do Podkowy Leśnej, tam było trochę wyżej. Organizowane były potańcówki z dziewczynami z internatu technikum chemicznego. Na początku nie chcieli nas za bardzo wpuszczać, ale jak zobaczyli, że z nas kulturalna młodzież, to mieliśmy już wstęp. Fajnie było.
AZ: A jak wyglądały Pana początki sportowe?
MW: Początki były takie, że nikt z nas praktycznie o sporcie nie myślał. Mieliśmy w podstawówce świetnego nauczyciela od wfu, Andrzejka Emilianowicza. On nas bardzo zachęcał, mobilizował. Ale były też inne motywacje. Przede wszystkim – fajna grupa i druga rzecz, która nas ciągnęła do tego treningu to były obozy sportowe, wyjazdy. To były lata 60-te. Ciężko było z różnego rodzaju koloniami czy wczasami. Pamiętam pierwszy obóz. Do Cetniewa pojechaliśmy. Pod namioty. Mieliśmy stołówkę we Władysławowie. Deszcz lał, zimno było ale była frajda, mogliśmy sobie posiedzieć, pośmiać się. Trening był wtedy raczej na drugim miejscu. Nikt z nas wtedy nie myślał, że będziemy jakimikolwiek sportowcami. To było po prostu nasze zajęcie. Grało się w kapsle, w karty, trochę w piłkę nożną ale słabo. To były takie początki chyba jak każdego chłopaka. Gdyby nie to, że te wyniki przyszły potem w szkole średniej, to bym tego sportu nie uprawiał. Zawsze traktowaliśmy to jako zabawę. Później żałowałem, już w ostatnim okresie mojej kariery, że trochę zmarnowałem te parę lat na początku. Można było je spożytkować i raz – wcześniej mieć wyniki, dwa – dłużej być w sporcie. Ale człowiek jak młody jest to i często głupi. Nie myśli się o tym. Nie myśli się o przyszłości.
ZS: Czyli można powiedzieć, że dużą rolę w Twojej karierze odegrała piastowska szkoła?
MW: Dokładnie tak. Początki swojej kariery zawdzięczam w 100% szkole i naszemu nauczycielowi, Emilianowiczowi. Szkoła była świetna, stawiała bardzo mocno na sport. Brała aktywny udział w wielu wydarzeniach sportowych, w tym w pamiętnych konkursach Pięciu Milionów. Mieliśmy bardzo fajny zespół nauczycieli. Nasza wychowawczyni, pani Trębska była bardzo wyrozumiała i otwarta na wszystko. Jak widziała, że mamy z czymś problemy to organizowała nam korepetycje. Było bardzo sympatycznie. Naprawdę o nas dbała. Pani dyrektor również nam sprzyjała. Pamiętam, na konkursy Pięciu milionów jeździliśmy z Emilianowiczem i panią Jasińską od chemii. Bardzo miło wspominam tę szkołę. Wtedy też nazywała się szkołą podstawową nr 3. W trakcie naszej nauki nabyła imię Karola Świerczewskiego ale tak w ogóle to była szkoła pod patronatem Ministerstwa Komunikacji. W szkole mieliśmy wspaniałe wycieczki – pociągiem od miasta do miasta, na kilka dni. Mam sentyment do tego miejsca i do Piastowa. Chętnie tu wracam.
ZS: Jak to się stało, że trafiliście do Konkursu Pięciu Milionów?
MW: Znów muszę powiedzieć, że to wszystko dzięki nauczycielowi. Co byśmy nie mówili to Andrzej Emilianowicz potrafił wszystko zorganizować. Był bardzo prężny. Ciężko znaleźć dziś takiego nauczyciela, który by się tak oddawał sprawie. On nam się oddawał całkowicie – całą duszą, całym ciałem. Jak nie miał siły z nami biegać to jeździł na rowerze. Ganiał nas, żebyśmy trenowali, a my byliśmy pokorni. Chętnie to robiliśmy, bo to była frajda. Dziś sam organizuję zawody dla dzieci i zawsze pada pytanie – czy dzieci się garną do sportu. Garną się. My się garnęliśmy, dzieci się garną. Dzieciom trzeba pokazać drogę, podać rękę. Wtedy można oczekiwać, jak nie możliwości uczestniczenia w igrzyskach olimpijskich, to chociaż zadbania o własne zdrowie. Co byśmy nie mówili to ja sport dziecięcy postrzegam właśnie przez zdrowie i przez naukę systematyczności. My mieliśmy po 2-3 treningi tygodniowo. Mimo że się w kość dostawało, to była frajda i zabawa.
AZ: Gdzie można było trenować w Piastowie?
MW: W Piastowie za bardzo nie było gdzie trenować. Jeździliśmy do Ursusa na treningi, czy zawody, ale lepszym stadionem był Brwinów. Tam był Naprzód Brwinów, taka prężna sekcja lekkoatletyki. Sporo chłopaków tam było też – przede wszystkim Bugała, który de facto do dziś jest trenerem w kadrze polskiej.
ZS: W jakich klubach trenowałeś?
MW: Z Emilianowiczem byliśmy praktycznie we wszystkich okolicznych klubach. W podstawówce na pewno byliśmy w Zniczu, w MKSie Pruszków, w MKSie Ursus, w Naprzód Brwinów, później była Polonia Warszawa, jak już byłem w technikum no i Legia Warszawa. Legia to już była na etapie wojska. Cała moja dojrzała kariera tam się właśnie toczyła. Później była jeszcze Marsylia, pięć ostatnich lat, no a po niej sportowa emerytura.
ZS: A w którym roku byłeś przekazany do szkolenia centralnego?
MW: To było w 1973 roku. Miałem wtedy 17 lat. 15 lat miałem jak skończyłem szkołę podstawową, jeszcze 2 lata trenowałem z Emilianowiczem. Byliśmy na jakichś zawodach, zdaje się w Ursusie. Na Spartakiadzie, albo to były mistrzostwa Mazowsza, nie pamiętam dokładnie. Jak się później okazało, był tam też Winicjusz Nowosielski, trener polskiej kadry. Następnego dnia zaprosił mnie na obóz. Zaproponował, żeby pojechać z nimi, z kadrą i od tego właśnie się zaczęła moja kariera w kadrze. Z Nowosielskim trenowałem do czasu skończenia szkoły średniej. Potem przeszedłem do Legii i trenowałem z Cuchem i praktycznie do końca kariery już z nim trenowałam.
ZS: Potem była olimpiada…
MW: Tak. Na Olimpiadzie pierwszej byłem w Montrealu w 1976 roku. Potem była olimpiada w Moskwie w 80-tym roku. Powinienem zdobyć na niej minimum dwa złote medale – na 100 metrów i w sztafecie ale niestety, jak to się mówi, dałem ciała. Skończyłem na siódmym miejscu na 100 metrów i ze srebrnym medalem w sztafecie. Przygotowywałem się, nie można powiedzieć, ale niestety choroba mnie zmogła. Przed igrzyskami pojechaliśmy na obóz w Pireneje To był koniec czerwca, czy początek lipca. Okazało się że spadł śnieg i po tym śniegu już nic nie dało rady zrobić. Szkoda też, że te igrzyska były takie okrojone. Amerykanie z wiadomych powodów je zbojkotowali. Tak to zapewne Amerykanie byliby pierwsi. Ostatecznie wygrali Rosjanie, chociaż wygrywaliśmy z nimi zawsze – i przed igrzyskami i po igrzyskach. Tak nas tam poustawiali, porozkładali, że po prostu nie dało się wygrać. Wiadomo – na własnym terenie to stadion pomaga, publika pomaga. Do tego dostaliśmy najgorszy tor, pierwszy, na którym z natury się traci parę dziesiątek bo nie da się biec po linii a jednak tor jest mierzony po linii. Gospodarze tak nas ustawili i nie mieliśmy na to wpływu. Oprócz olimpiad były też mistrzostwa Europy. Czterokrotnie byłem mistrzem Europy na 60 metrów i raz na 50 metrów. Niesamowite przeżycie – cztery razy pod rząd, rok po roku.
fot. Imago/WEREK /East News
ZS: A jak było z tym Twoim rekordem? Pobiłeś 10 sekund ale finalnie miałeś… 10 sekund?
MW: Miałem czas 9,99. Tak było na tablicy, taka poszła prasa. Po jakimś tygodniu sędziowie doszli jednak do wniosku i dopatrzyli się, że tam były jeszcze 0,002 sekundy. Uznali, że tam nie może być 9,99 i zaokrąglili mój wynik do tych 10 sekund. Szkoda, bo trzy dziewiątki by zdecydowanie inaczej wyglądały. Jak biłem ten rekord to miałem 5-ty czy 6-ty czas na świecie. Dzisiaj z tym wynikiem jestem jakiś 140-ty. Tak się rozwinął sprint – tylko nie u nas. Rekord Polski mam do dziś.
ZS: Kto się wtedy liczył z zawodników w Europie? Z kim rywalizowałeś?
MW: Był Eugen Ray, był Frank Emmelmann, był Manfred Kokot i byli Rosjanie. De facto Europa Zachodnia się nie liczyła. Pietro Mennea był z Włoch – na 200 i 100 metrów biegał. Był Allan Wells z Anglii – Szkot. Z Bułgarii był jeszcze Petyr Petrow. I to wszyscy, którzy się liczyli. Było parę chłopaków ale jak to się mówi – do wygrania. Można było ich pokonać.
ZS: Doświadczyłeś jakichś kontuzji w swojej karierze?
MW: Nie miałem właściwie kontuzji. Miałem jedną na mityngu w Hannoverze. Z powodów politycznych nie puścili nas wtedy na igrzyska olimpijskie do Los Angeles. Wtedy poszedł już luz, odpuściliśmy. Niefrasobliwie puścili mnie i na 100 metrów i na 200 metrów. Jakbym jechał na igrzyska to bym w ogóle nie biegł tych 200 metrów, nie było takiej potrzeby. Przebiegłem 100 i na tych 200 metrach, gdzieś na łuku pociągnąłem niepotrzebnie. 100 metrów wygrałem bez problemu. Miałem jeszcze kontuzję na mistrzostwach Europy w Stuttgarcie, 2 lata później – w 1986 roku ale tej kontuzji już nie liczę. Już nie było po co wtedy biegać. Ale tak naprawdę to też był przypadek. Byliśmy na treningu w Spale i padał deszcz więc weszliśmy do hali na stadionie. Ta hala pamiętała jeszcze lata 60-te. Nie była w ogóle remontowana. No i gdzieś tam w tartanie była dziura. Wpadłem nogą i jak się okazało, naciągnąłem sobie przywodziciela. Myślałem, że się wyleczę, ale już się nie udało.
AZ: Dziś sam zajmuje się Pan organizacją imprez sportowych. Powołał Pan do życia Czwartki Lekkoatletyczne?
MW: Można powiedzieć, że jestem twarzą tego przedsięwzięcia. Wymyśliliśmy z Andrzejem Majkowskim te Czwartki przy współudziale świętej pamięci Bogusia Tomaszewskiego [red. dzierżawca Jarmarku Europa na Stadionie X-lecia] i to on nas namówił, żeby robić imprezy dla dzieci. Pomysł nam się spodobał. Zająłem się tym i tak do tej pory już 25 lat minęło w czerwcu jak te Czwartki robimy. Nie wiem kiedy zakończymy, ale cały czas są chętni, cały czas to się rozwija. Ciągle dołącza jakieś nowe miasto. Sporo dzieciaków z Piastowa też w Czwartkach startuje. Tak to funkcjonowało i funkcjonuje do dzisiaj i nie zamierzam tego zmieniać – jeszcze parę lat do emerytury, a później trzeba będzie poszukać kogoś młodego, chętnego do pracy.
AZ: Dziękujemy bardzo za rozmowę i zapraszamy częściej do Piastowa.
fot. (w nagłówku) L. Fidusiewicz PAP
Udostępnij

