Czas Piastowa
  • Kultura
  • Lokalne
  • Prawo
  • Zdrowie
  • Sport
  • Historia
  • Wywiad
  • Pobierz
    • Archiwum 2017
      • Luty
      • Marzec
      • Kwiecień
      • Maj
      • Czerwiec
      • Lipiec
      • Sierpień
      • Wrzesień – Październik
      • Listopad
      • Grudzień
    • Archiwum 2018
      • Styczeń 2018
      • Luty 2018
      • Marzec 2018
      • Kwiecień 2018
      • Maj 2018
      • Czerwiec 2018
      • Lipiec 2018
      • Sierpień 2018
      • Wrzesień 2018
      • Październik 2018
      • Listopad 2018
      • Grudzień 2018
    • Archiwum 2019
      • Styczeń 2019
      • Luty 2019
      • Marzec 2019
      • Kwiecień 2019
      • Maj 2019
      • Czerwiec 2019
      • Lipiec 2019
      • Sierpień 2019
      • Wrzesień 2019
      • Październik 2019
      • Listopad 2019
      • Grudzień 2019
    • Archiwum 2020
      • Styczeń 2020
      • Luty 2020
      • Marzec 2020
      • Kwiecień 2020
      • Maj 2020
      • Czerwiec 2020
      • Lipiec 2020
      • Sierpień 2020
      • Wrzesień 2020
      • Październik 2020
      • Listopad 2020
      • Grudzień 2020
    • Archiwum 2021
      • Styczeń 2021
      • Luty 2021
      • Marzec 2021
      • Kwiecień 2021
      • Maj 2021
      • Czerwiec 2021
      • Lipiec 2021
      • Sierpień 2021
      • Wrzesień 2021
      • Październik 2021
      • Listopad 2021
      • Grudzień 2021
    • Archiwum 2022
      • Styczeń 2022
      • Luty 2022
      • Marzec 2022
      • Kwiecień 2022
      • Maj 2022
      • Czerwiec 2022
      • Lipiec 2022
      • Sierpień 2022
      • wrzesień 2022
      • październik 2022
      • listopad 2022
      • Grudzień 2022
    • Archiwum 2023
      • styczeń 2023
      • Luty 2023
      • Marzec 2023
      • Kwiecień 2023
      • Maj 2023
      • Czerwiec 2023
      • Lipiec 2023
      • Sierpień 2023
      • Wrzesień 2023
      • Październik – grudzień 2023
    • Styczeń 2024
    • Luty 2024
    • Marzec 2024
    • Kwiecień 2024
    • Maj 2024
  • Reklama
  • Kontakt
środa, 30 września
Facebook
Facebook
fb-share-icon

Nasz Pan od chemii

2 października 2020
5541 views

Piastowskie Liceum im. Adama Mickiewicza obchodzi w tym roku swoje 75. urodziny. Na przestrzeni lat przez jego mury przetoczyło się kilka pokoleń uczniów, jak i nauczycieli. Wśród nich znajdują się osoby, które same stały się legendą. Jedną z nich bez wątpienia jest Andrzej Reych, utytułowany nauczyciel chemii, autor podręczników i zbiorów zadań, Honorowy Obywatel Miasta Piastowa, który z „Mickiewiczem” związany jest już od lat pięćdziesiątych. Korzystając z okazji jubileuszu i otwarcia nowego budynku szkoły, udało nam się namówić go na rozmowę. Z Andrzejem Reychem spotkała się członkini naszej redakcji, Agata Ziąbska.

Agata Ziąbska: Jest Pan jednym z tych nauczycieli, których się nie zapomina. Uczył Pan chemii i pokierował życiowo mojego ojca, uczył Pan mnie, moje rodzeństwo, z Pana książek uczyła się cała Polska. Można powiedzieć, że stał się Pan ikoną Piastowa i piastowskiego liceum. Czy Piastów jest Pana rodzinnym miastem?

Andrzej Reych: W Piastowie mieszkam od 3. roku życia. Moi dziadkowie mieli tu domek letniskowy przy ulicy Ujejskiego. Rodzice mieszkali w Warszawie. W roku 1944 spędzałem wakacje z dziadkami. Pamiętam, że mama przyjechała z Warszawy do Piastowa ostatnią kolejką EKD. Wybuchło Powstanie i zostaliśmy już tu na stałe.

AZ: Szkołę kończył Pan w Piastowie?

AR: Swoją edukację rozpocząłem w Szkole Podstawowej nr 1. Wtedy mieściła się ona w tzw. kolejakach przy ul. 11 Listopada. Patrząc na dzisiejszą jej siedzibę trudno sobie w ogóle wyobrazić warunki lokalowe, jakimi wtedy placówka dysponowała. Był to stary dom mieszkalny przerobiony na szkołę. Wyślizgane schody, toaleta na zewnątrz. Za moich czasów szkoła podstawowa miała siedem klas. Podstawówkę kończyłem już w liceum, gdyż w tym czasie, w ramach reorganizacji, kuratorium postanowiło połączyć część Szkoły nr 1 z piastowskim liceum, tworząc Szkołę Ogólnokształcącą Stopnia Podstawowego i Licealnego w Piastowie. Po skończeniu podstawówki automatycznie zostałem w liceum.

AZ: Lata Pana nauki w liceum przypadły na trudny politycznie okres. Jakie ma Pan wspomnienia z tego czasu?

AR: Na moją kadencję, jako ucznia „Mickiewicza” przypadł rok 1956 i słynne wydarzenia październikowe. Wiele osób fascynowało się wtedy Gomułką. Ludzie wierzyli, że „zrobi on nam prawdziwą Polskę”. Pamiętam jedną zabawną sytuację z tego okresu. Miała ona miejsce na szkolnym apelu. Jedną ze stałych pozycji programu były wtedy tzw. prasówki. Wyznaczone osoby referowały bieżące wydarzenia. Pierwsza cześć była poświęcona wydarzeniom węgierskim. Na wydarzenia krajowe nie pozostało już dużo miejsca. Ówczesny dyrektor szkoły, Wacław Lożyński poprosił więc o streszczenie ich w przysłowiowych dwóch zdaniach. Te dwa zdania brzmiały tak: Ks. Kardynał Wyszyński wrócił z Komańczy, a pan Marszałek Rokossowski wyjechał do Moskwy. Udało się tym rozbawić salę. To był rok 1957, w 1958 skończyłem piastowskie liceum.

fot. Andrzej Reych (zbiory własne)

AZ: Po maturze wybrał Pan studia chemiczne. Jak znalazł Pan swoje powołanie? Dlaczego właśnie zdecydował się Pan na ten kierunek?

AR: Chemią „zaraził” mnie mój nauczyciel z liceum – Nikodem Jaśkiewicz. Bardzo dobry pedagog. Spod jego skrzydeł wyszło wielu utytułowanych w dziedzinie chemii wychowanków. Studiowałem na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Chemii. Pracę swoją pt. „Krystalograficzne i rentgenostrukturalne badanie kryształów N-3-rzędowego butylo akryloamidu” pisałem w katedrze Krystalografii. Jakiś czas pracowałem później na uczelni. Bardziej interesowała mnie praca dydaktyczna niż naukowa. Dużą przyjemność czerpałem z zajęć prowadzonych ze studentami i czułem, że chcę być właśnie nauczycielem. Jeszcze podczas studiów zgłosiła się do mnie po pomoc w nauce moja obecna małżonka. Po latach pomoc ta zaowocowała trójką kochanych dzieci, tak że chemia zdecydowanie była trafnym wyborem.

AZ: Tęsknił Pan za „Mickiewiczem”? Jak odnalazł się Pan w tej szkole w nowym charakterze?

AR: Do piastowskiego liceum wróciłem w 1970 roku już jako nauczyciel. Dyrektorem placówki nadal był Pan Wacław Lożyński. Niektórzy z moich wcześniejszych nauczycieli stali się moimi kolegami po fachu, m.in. profesorowie: Pani Marta Zakrzewska, Pan Juliusz Frasunkiewicz, Pan Zygmunt Pomierny i oczywiście Pan Nikodem Jaśkiewicz. Bardzo dużo im zawdzięczam. Po Panu Jaśkiewiczu „odziedziczyłem” chemię i szkolne kółko chemiczne. Jak już mówimy o kółku – pamiętam jedno zabawne wydarzenie z nim związane. Któregoś razu, uczniowie zafascynowani zgłębianiem tajników chemii, tak mocno zaangażowali się w zajęcia, że całkiem zapomnieliśmy wszyscy o upływającym czasie. Zasiedzieliśmy się do późnych godzin wieczornych. Jak w końcu jednak zebraliśmy się do wyjścia, okazało się, że szkoła jest już dawno zamknięta. Pani woźna nie zauważyła i nie przypuszczała nawet, że o tej porze ktoś może być jeszcze w środku. Wyjść się nie dało – drzwi zamykane były tylko od zewnątrz. Jedyny telefon jaki był, znajdował się w sekretariacie, który oczywiście również był zamknięty. Wszystkie sale pozamykane. Przez okna z sali chemicznej wyjść się nie dało – były okratowane, bo sala znajdowała się na niskim parterze. Pojawił się pomysł. Z boku budynku mieszkała przecież woźna – próbowaliśmy walić w ściany, ale niestety nic to nie dawało. Mieliśmy już wizję nocowania w szkole. Szczęśliwie zauważyliśmy jednak, że otwarta jest kotłownia i zsyp na węgiel i właśnie przez ten zsyp udało nam się budynek ostatecznie opuścić. Mam wiele fajnych wspomnień z tych czasów. Młodzież ma różne zabawne pomysły. Kiedyś namówili mnie na doświadczenie z termitem – mieszaniną pyłu aluminiowego z tlenkiem żelaza. Przy spalaniu termitu powstaje bardzo wysoka temperatura, żelazo się wytapia. Technika ta wykorzystywana jest m.in. w spawalnictwie. Zorganizowaliśmy dwie duże blachy, wyszliśmy na zewnątrz – termit oczywiście przepalił te blachy. Z grupy padła więc propozycja by sprawdzić jeszcze wytrzymałość karoserii samochodu pani dyrektor. To był oczywiście żart i eksperyment zakończyliśmy na naszych dwóch blachach. Z czasem kółka chemiczne straciły jednak na znaczeniu. Dużą rolę odegrało tu ograniczenie dostępu do odczynników chemicznych. Doświadczenia, jakie pokazywało się uczniom dawniej były zdecydowanie bardziej spektakularne. Poza tym po spopularyzowaniu się internetu wszystko można już było zobaczyć, sprawdzić. Zainteresowanie chemią znacznie zmalało.

fot. Andrzej Reych (zbiory własne)

AZ: Na kółku chemicznym Pan nie poprzestał. Słyszałam, że przez szereg lat był Pan również opiekunem Koła Krajoznawczo-Turystycznego?

AR: Po Panu Jaśkiewiczu przejąłem chemię, przez pewien czas uczyłem też fizyki, w czym mi bardzo pomagał profesor Frasunkiewicz, po profesorze Pomiernym „odziedziczyłem” zaś koło Turystyczno-Krajoznawcze. Organizowaliśmy liczne rajdy. Różnie bywało na nich z frekwencją. Zdarzyło się raz że były to dwie osoby – prowadzący w mojej skromnej osobie oraz jeden z moich uczniów, Robert, niestety obecnie już nieżyjący. Jako że był on zapalonym zbieraczem odznak turystycznych, całkiem się tym nie zraził i nie zamierzał rezygnować. Wybraliśmy się na ten rajd tylko we dwóch. Tym zbieraniem odznak zresztą mnie „zaraził”. Oprócz rajdów bywały też obozy wędrowne. Jeden z nich szczególnie zapisał mi się w pamięci. Na rajdach sypialiśmy w schroniskach, które zwykle były po prostu szkołami dostosowanymi do możliwości noclegu, przygotowania sobie jakiegoś posiłku, czy przeprania rzeczy. I tak pewnego razu, po ciężkiej wędrówce, kiedy był tak zwany czas wolny, przybyła do nas milicja. Staje przede mną przedstawiciel organów państwowych i karcącym wzrokiem patrząc mówi: – Proszę pana, pan sobie tu siedzi jakby nigdy nic, a wie pan co się dzieje z pana uczniami? – pyta. Mnie zimny pot z miejsca oblewa. Jakiś wypadek, myślę, coś się złego stało. Milicjant kontynuuje – Pan tu siedzi, a pana uczniowie zostali złapani na kradzieży – mówi. Muszę powiedzieć, że w tym momencie mi ulżyło, wręcz się ucieszyłem. Milicjant musiał jednak dostrzec moje początkowe przerażenie i bladość, bo zaczął powoli schodzić z tonu i mnie uspakajać. – Pana podopieczni szli koło plantacji truskawek i urwali tylko kilka owoców, ale wie pan, my tu jesteśmy przeczuleni – poprzedni obóz ogołocił całkowicie drzewo czereśni. Na innym z ciekawszych obozów musieliśmy przejść przyspieszony kurs prania odzieży. Chcieliśmy przyspieszyć sobie drogę i trochę się przeliczyliśmy. Patrzymy, szlak przed nami długi i zawiły, a tu taka łagodna, porośnięta piękną zieloną trawką górka i można trasę znacznie skrócić. Padł więc pomysł, żeby się z niej sturlać. Pech chciał, że na zboczu pasły się wcześniej krowy. Tego niestety nie przewidzieliśmy, praw fizyki się nie przeskoczy – droga hamowania była zbyt długa. Zyskaliśmy za to zabawne wspomnienia.

fot. Andrzej Reych (zbiory własne)

AZ: Jak zmieniły się warunki nauki w piastowskim liceum wobec tego co było dawniej? Pan, jako świadek tylu przemian tej placówki ma na to zdecydowanie szersze spojrzenie niż ktokolwiek z nas.

AR: Podczas zwiedzania nowego obiektu szkoły nasuwały mi się różne refleksje dotyczące warunków lokalowych. Jak wiele na przestrzeni lat się zmieniło. Jak zaczynałem naukę w liceum, w salach były jeszcze piece kaflowe. W okresie grzewczym, codziennie przed lekcjami woźna musiała rozpalać je po salach. Jak chciało się zrobić dobry uczynek, po lekcjach nosiło się woźnej węgiel w wiadrach do sali. Piece, jak to piece, dymiły. Jak ktoś dla odmiany chciał zrobić zły uczynek, uchylał delikatnie drzwiczki od pieca – dym szybko wypełniał salę i wtedy robiło się zamieszanie, przybiegał dyrektor, sprawdzał piece i zawsze patrzył na nas podejrzliwie. Oczywiście nie mieliśmy z tym nic a nic wspólnego. Piece kaflowe doczekały jeszcze mojego powrotu do liceum w charakterze nauczyciela. Kaloryfery pojawiły się dopiero przy dużej modernizacji budynku, za czasów dyrektor Anny Sobczak. Wspominając moje czasy szkolne dodam jeszcze jedną ciekawostkę – może nie każdy o tym wie, ale wtedy było to Liceum im. A Mickiewicza nr 44. Nie wiem doprawdy, jak udało się to placówce załatwić. Podejrzewam, że musiała w tym maczać palce moja zapalona polonistka i wielka fanka Pana Adama, Adamina Marcinkowska. Pamiętam, jak z kolegami byliśmy na olimpiadzie chemicznej w Stalinogrodzie, czyli w obecnych Katowicach. Zachodzono tam w głowę, jak to możliwe, że taki mały Piastów może mieć aż 44 szkoły. Przez kilka lat numer ten funkcjonował.

fot. Anna Bartnicka-Ositek (Grupa Creative)

AZ: Jakich uczniów szczególnie Pan zapamiętał?

AR: W latach świetności szkoły trafiła mi się raz niezwykle utalentowana klasa. Z jednego rocznika kilkanaście osób dostało się na medycynę – to było naprawdę dużym osiągnięciem. Jednym z moich uczniów, których szczególnie zapamiętałem, był Zbigniew Nowecki, obecnie profesor nauk medycznych. Cała jego klasa była zresztą wyjątkowo zdolna. Wymieniam tu tylko profesora Noweckiego, bo spotkaliśmy się i wspominaliśmy dawne lata podczas otwarcia nowego gmachu liceum, ale długo trzeba by wymieniać nazwiska uczennic i uczniów, których wspominam i którzy, górnolotnie mówiąc, pozostają w moim sercu i pamięci, niestety coraz słabszej.
Potem dla szkoły nastały słabsze czasy. Wiele straciła ona na renomie i wizerunkowo za sprawą protestów przy wyborze dyrektor Grażyny Kurowskiej. Pojawiła się też moda na szkoły warszawskie. Zainteresowanie piastowskim liceum wciąż spadało, co spowodowało obniżenie poziomu nauczania. Wygląda na to, że dziś te gorsze czasy szkoła ma już na szczęście za sobą.

Z Andrzejem Reychem rozmawiała:

Agata Ziąbska

fot. w nagłówku: Anna Bartnicka-Ositek (Grupa Creative)

Udostępnij
Categories: Lokalne Oświata Wywiad
Copyright 2017 © Czaspiastowa   realizacja: Grupa Creative
  • Home
  • Archive
  • Search